< Aktualności

Rozmowa o nadziei, szczęściu, potrzebach i planach z prof. Tomaszem Szczepańskim - kierownikiem Katedry i Kliniki Pediatrii, Hematologii i Onkologii Dziecięcej w Zabrzu, Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach

Edyta Kolasińska-Bazan: Jest Pan bardzo zajętą osobą – na moje liczne podejmowane próby ciężko było wygospodarować Panu czas, ale udało się, bo „Nadzieja umiera ostatnia”, jak napisał mi Pan w jednym ze swoich e-maili…
Prof. Tomasz Szczepański: To chyba zabrzmiało zbyt patetycznie?

Raczej posłużyło do refleksji, dlatego zadam pierwsze pytanie – „Nadzieja umiera ostatnia” [red. tytuł książki Haliny Birenbaum, 1967r.] – jakiego znaczenia nabierają te słowa dla lekarza, hematoonkologa, przewodniczącego Polskiego Towarzystwa Onkologii i Hematologii Dziecięcej w XXI wieku?

To jedna z dewiz, która przyświeca w onkologii dziecięcej. Pięćdziesiąt lat temu hematolodzy w zasadzie obserwowali śmierć swoich pacjentów. Teraz, w XXI wieku pracujemy w dość komfortowych warunkach, inaczej niż to było w latach sześćdziesiątych, osiemdziesiątych, czy nawet dziewięćdziesiątych. Dziś jesteśmy w stanie wyleczyć ponad 80 procent wszystkich pacjentów! To osiągnięcie zawdzięczamy naszym poprzednikom, nauczycielom, na to pracowały pokolenia naukowców, lekarzy.

Jak lokuje się polska hematoonkologia dziecięca Pana zdaniem?

Uważam, że jesteśmy znacznie bliżej krajów rozwiniętych, niż rozwijających się. Stanowimy niewielką (relatywnie) grupę specjalistów – w Polsce jest osiemnaście wyspecjalizowanych ośrodków i prawie dwustu hematoonkologów dziecięcych. Znamy się wszyscy, współpracujemy ze sobą i zależy nam wszystkim, aby uzyskać najnowocześniejsze metody leczenia i jak najlepszą jakość naszych działań. Zatem pod względem organizacyjnym są to bardzo dobre struktury.

To superlatywy, a słowo krytyki?

Brakuje nam środków finansowych. Wysoce cenię sobie współpracę z organizacjami pozarządowymi – fundacje wspierają oddziały, kliniki i bez nich nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.

W czym pomagają?

W wielu istotnych kwestiach, np. jest sytuacja, gdy jest nowy lek, mający bardzo dobre wyniki badań klinicznych pierwszej i drugiej fazy, a niejednokrotnie i trzeciej fazy – lek jest już zarejestrowany, jako lek ze wskazaniem dla dorosłych, a my - lekarze dziecięcy szukamy, jak zdobyć go dla naszych pacjentów. Z pomocą przychodzą właśnie fundacje.

Bo szpitala nie stać na leki?

Niestety, polskie szpitale nie mają pieniędzy na coś, co nie jest standardem, nawet jeśli dany lek ratuje życie.

To chyba zasadniczy element, który różni Polskę od tzw. krajów rozwiniętych?

Koledzy za zachodnią granicą nie mają takich problemów.

O jakim komforcie pracy i leczenia marzy Pan, skoro problemu finansowego nie rozwiążemy tu i teraz?

Pragnę poprawy warunków na oddziałach onkologii i hematologii dziecięcej – niektóre z nich wymagają odświeżenia, ale niektóre rozbudowy, a wręcz nowego budynku spełniającego europejskie standardy.

Czyli czego najbardziej brakuje?

Przestrzeni, sal odpowiednio izolowanych z węzłami sanitarnymi; aby infrastruktura była naprawdę na najwyższym poziomie.

Takie życzenie ma kierownik Katedry i Kliniki Pediatrii, Hematologii i Onkologii Dziecięcej w Zabrzu?

Tak, ale mówię o całym Śląsku, gdzie mamy rozproszenie trzech jednostek, zajmujących się hematoonkologią dziecięcą. Idealnie, aby powstał jeden organizm na Śląsku.

Pracuje Pan z dziećmi potwornie cierpiącymi. Co zapewne nie pozostaje obojętne dla lekarza, jako człowieka?

To niestety prawda. Są niezwykle trudne momenty…

Jak Pan radzi sobie z widokiem tak strasznie cierpiących dzieci?

Na szczęście standardem tych oddziałów jest pomoc psychologów – zarówno małym pacjentom, ich najbliższym (rodzinie, rodzicom, rodzeństwu), jak i nam – lekarzom. Bardzo ważna jest rozmowa. Staram się, aby pomimo tak ciężkich chorób, pomimo cierpienia pacjenci (i ich najbliżsi) czuli się tu, jak w domu, bo dzieci (i ich najbliżsi) nie mogą czuć się, jak w koszarach.

To jest istotne?

Niezwykle! Fantastycznym elementem są właśnie fundacje, które starają się o to, aby na oddziale „coś się działo”.

Na przykład?

Warsztaty dla dzieci, spotkania z ciekawymi ludźmi, wspólne wycinanki, gotowanie, zabawy… To jest nieocenione!

Swoisty rodzaj terapii?
Jak najbardziej… Element integracji, pozwalający na chwilę zapomnieć, czym jest miejsce, w którym znajdują się.

Że szpital, to nie tylko ból, cierpienie?

Zgadza się. To droga do normalności… Działa szpitalna szkoła i jeśli dziecko ma tylko siły, to może korzystać. Walka o normalność jest także elementem terapii.

Jest Pan przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Onkologii i Hematologii Dziecięcej – proszę krótko opowiedzieć o zmianach w Towarzystwie w ostatnich latach.

Zdecydowanie wolę słowa „dobra kontynuacja” niż „zmiany”, bo od naszych poprzedników wiele nauczyliśmy się i chcemy kontynuować ich dzieło.

Zatem proszę opowiedzieć o „dobrej kontynuacji”…

Świat wokół zmienia się, zmieniają się także wymagania, stąd te „zmiany”. Ważne jest, aby regularnie spotykać się, dyskutować, a więc dbać o dobrą i jak najszerszą komunikację, która trafia nie tylko do członków towarzystwa, ale osób potencjalnie związanych i zainteresowanych.

Takim narzędziem jest np. strona internetowa?

Tak. Strona jest w budowie – na niej docelowo mają znajdować się wszystkie aktualności. Kolejnym narzędziem jest powstający portal onkologiadziecieca.pl, który zawierał będzie m.in. treści edukacyjne, doniesienia, streszczenia najnowszych artykułów, relacje z konferencji…

Chodzi o edukację w atrakcyjnej formie, na miarę XXI wieku?

Dokładnie tak. Mamy możliwość współpracy ze znakomitym partnerem w osobie pani Agnieszki Giannopoulos, która prowadzi od dłuższego czasu portal hematoonkologia.pl Zatem podjęliśmy współpracę z profesjonalistami.

Nowe leki, terapie, możliwości? Proszę opowiedzieć o tym, co Pana trapi, co szczególnie zajmuje Pana myśli?

Na dziś priorytetową sprawą jest dostępność do niektórych leków najnowszej generacji. Takim wyczekiwanym jest program lekowy – przeciwciała monoklonalne u dzieci z neuroblastomą (nerwiakiem zarodkowym). Zakończyły się już badania kliniczne i potwierdziło się, że dodanie tych przeciwciał do standardowego schematu chemioterapii przeszczepienia komórek macierzystych znacznie poprawia wyniki leczenia. Obecnie trwają negocjacje między firmą a ministerstwem – finansowanie w dużej mierze oparte jest wciąż na zbiórkach charytatywnych. Mam nadzieję, że nastąpi przełom i to leczenie będzie dostępne.

Marzenia się spełniają… Niech i to spełni się jak najszybciej!

Następnym marzeniem są terapie komórkowe z zastosowaniem zmodyfikowanych limfocytów T, do których wprowadza się chimeryczne receptory antygenowe. Dzięki inżynierii genetycznej są to własne limfocyty T pacjenta zmodyfikowane w celu skuteczniejszego zabijania komórek nowotworowych. Tą bardzo ciekawą terapię stosuje się u dzieci z białaczkami opornymi na konwencjonalne leczenie.

Niesamowite!

Wydawać by się mogło, że jest to coś nierealnego, jednak jest to jedna z metod, która mogłaby pomóc tym paru procentom pacjentów, u których tradycyjne metody nie są już skuteczne.

Jakie koszty ponosi ta terapia?

Na obecną chwilę to koszt miliona euro/dolarów dla jednego pacjenta. To jest jedyna alternatywa i wielka nadzieja dla niektórych na dziś.


Współpracuje Pan z całą Europą, bo m.in. z: Frankfurtem, Rotterdamem, Salamanką, Pragą, Kilonią, Paryżem itd. Ale nie tylko z Europą. Niedawno był Pan w Japonii. To wyjazd naukowy?

Niedawny wyjazd do Japonii był związany z promocją nauki polskiej. Ambasada RP w Tokio organizowała forum „Medycyna Polska XXI wieku”, w którym, jako prelegenci, udział wzięli przedstawiciele pięciu uczelni medycznych (z Warszawy, Lublina, Wrocławia, Katowic i Torunia) oraz reprezentanci Instytutu Biologii Molekularnej PAN i Centrum Onkologii Instytutu Marii Skłodowskiej-Curie. Spotkanie miało na celu pobudzenie współpracy pomiędzy uniwersytetami w Polsce i Japonii. Te kontakty mamy od lat i bardzo sobie je cenimy.

Zechce Pan wyjawić swoje plany zawodowe?

Najważniejszym zadaniem jest wprowadzenie nowego protokołu leczenia ostrej białaczki limfoblastycznej, który będzie zawierał elementy nowoczesnych terapii. Chcemy to robić wraz z grupami: niemieckimi, austriackimi, włoskimi, czeskimi, czyli z „ekstraklasą europejską”, ale żeby tego dokonać musimy spełnić warunki.

Jakie?

Warunkiem wprowadzenia nowego protokołu jest jego rejestracja jako niekomercyjnego badania kliniczne. Wiem, że problemem rozwoju niekomercyjnych badań klinicznych zainteresowany jest minister Łukasz Szumowski.

Jaki jest problem?

Oczywiście koszty. Trzeba zapewnić ubezpieczenie dla pacjentów, odpowiedni monitoring badania – to są koszty, których pojedyncze ośrodki, czy fundacje nie udźwigną.

Nieodzowna jest pomoc państwa?

Bez wątpienia! To olbrzymie koszty. Bez wsparcia rządu to się nie uda. Wstępne kalkulacje, to 1 mln. zł. w ramach dobrej praktyki klinicznej.

Otwartość jest, życzę więc, jak najwięcej szczęścia w realizacji planów. Dlatego zadam ostatnie pytanie na koniec – jaki ma Pan stosunek do zwierząt, np. do słoni?

Do słoni?

Do słoni… Słyszałam, że Pan je lubi?

To prawda.

Swego czasu był Pan towarzyszem Prof. Jędrzejczaka jazdy na… słoniu?

To prawda, kilka lat temu w Tajlandii. Jak dziś wspominam, to przykro mi, że nałożyliśmy im sobą taki ciężar. Natychmiast też przypominam mi się kolejna przygoda ze słoniami – przy okazji konferencji pediatrów na Sri Lance, gdzie mogłem odwiedzić sierociniec dla słoni. Jednego z takich maluchów miałem okazję karmić mlekiem, obserwować kąpiel… Słonie mają wielką siłę, potęgę i są bardzo przyjazne. A słoń z trąbą podniesioną do góry jest symbolem szczęścia.

I jak najwięcej szczęścia życzę Panu, polskim lekarzom, a szczególnie Państwa podopiecznym – najsłabszym w społeczeństwie, bo chorym dzieciom. Dziękuję za rozmowę.